Recenzja: "Dziennik znaleziony w błękicie" - Marek Susdorf


Tytuł: Dziennik znaleziony w błękicie
Autor: Marek Susdorf
Wydawnictwo: Nowy Świat
Wydanie: 2014-09-30
ISBN: 978-83-7386-543-3
Objętość: 93
Cena: 24,99 zł

Moja ocena: 8/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia.

"Dziennik znaleziony w błękicie" - tytuł dość nietypowy. Okładka zresztą również. Nic więc dziwnego, ze na pierwszy rzut oka nie mówiło mi to zupełnie nic. Dopiero po lekturze mogę stwierdzić, że autor miał dość dziwny, acz ciekawy pomysł na kolejną książkę.

"By rozliczyć się z przeszłością, do piwnicy rodzinnego domu Mladi sprowadza Starijego, obiekt swoich uczuć sprzed pięciu lat. Tutaj urządza prywatną Pasję: pełną okrucieństwa, ale i chłodnej kalkulacji rewanżu. Stawiany na równi z Chrystusem, Stariji biernie podporządkowuje się biegowi wydarzeń."

Jest to typowy przykład powieści współczesnej. Nie uznam jej jednak za pełną powieść, a raczej opowieść pełną wciągającej, a zarazem specyficznej fabuły. Przyznaję, że mnie porwała na tyle, że po godzinie z wyrzutem wielkim, jak wieża Eiffla odkładałam ją na półkę z niemą prośba o więcej. Osobiście nie czytałam nic więcej tego autora, ale mam nadzieję, że jego inne twórczości są tak samo ciekawe, jak ta.

Całość utrzymana jest w formie narracji pierwszoosobowej, która tak, jak zwykle niezbyt mi odpowiada, tak tutaj sprawdza się idealnie. Z wielką łatwością czytelnik może się odnaleźć w stale rozwijającej się i mknącej wręcz akcji, a przede wszystkim może bez przeszkód wczuć się w rolę głównego bohatera. Jak dla mnie? Bomba.

Jedynym minusem jest niestety tutaj tylko i wyłącznie objętość. Dlaczego tylko niespełna sto stron, ja się pytam, dlaczego? No i może jeszcze ewentualnie grafika, która mogłaby być trochę bardziej dopracowana. Tak czy siak, jeśli chodzi o samą treść, to w porównaniu do objętości, to spodziewałam się o wiele mniej ciekawej lektury - stąd też moje wielkie zaskoczenie - pozytywne oczywiście - i ogromny niedosyt, który za tym idzie. Nic tutaj nie dzieje się bez przyczyny - żywa akcja, zgrabnie dobrani bohaterowie, ciekawe wątki i przede wszystkim - mamy tutaj "to coś". Jak już mówiłam wcześniej ubolewam tylko nad dwoma małymi faktami - strasznie okrojona objętość i grafika. Na koniec mogę tylko dodać, że patrząc całościowo na nią, to nie ja jedyna tak uważam, gdyż w trakcie jednych z nudniejszych zajęć koleżanka z roku porwała mi "Dziennik znaleziony w błękicie" i zwyczajnie tak ją wciągnął, że nie chciała mi go zwrócic przed końcem dnia, póki nie pochłonęła całości.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak pogratulować autorowi tak odważnego i ciekawego zarazem pomysłu, który według mnie powinien zostać zwieńczony sporym sukcesem literackim - jednak na przyszłość liczę, że kolejna powieść ukaże się już w pełnym wymiarze tego słowa kilkuset stronnicowej książki pełnej wciągającej treści.

Recenzja: "Lewy horyzont kobiety" - Agnieszka Anna Grzelczak


Tytuł: Lewy horyzont kobiety
Autor: Agnieszka Anna Grzelczak
Wydawnictwo: Kontekst
Wydanie: 2013
ISBN: 978-83-62564-32-3
Objętość: 85
Cena: 26 zł

Moja ocena: 5/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa

Wiersze. Tomiki poezji. Nigdy nie pałałam do nich nienawiścią. Nigdy też nie były mi jakoś szczególnie bliskie. Czasami chwyciłam jeden, czy drugi, aby się trochę "odmóżdżyć" od tych wszystkich romansów, sci-fi, czy paranormali. Czasem, nie znaczy często. "Lewy horyzont kobiety" to miała być jedna z takich "odmóżdżających" lektur właśnie. Ale czy taka się stała. No nie do końca. Przede wszystkim dlatego, że już od początku miałam co do niej małe wątpliwości, ale o tym za chwilę. Zacznijmy od początku.

Autorką jest młoda poznanianka, absolwentka WSB w Poznaniu. Mix wrażliwej i twardo stąpającej po ziemi kobiety. Nic więc dziwnego, że postanowiła wydać tomik wierszy i to jeszcze o tak osobliwej tematyce i odważnym tytule.

Jeśli chodzi o tytuł to tak po prawdzie tutaj muszę przyznać, że jest dość odważny - nie zdziwiłby mnie jednak fakt, jakby większość czytelników zwyczajnie nie wiedziała o co chodzi. Dla tych "nieuświadomionych" mogę tylko dodać, iż "lewa kobieta" oznacza zwyczajnie kobietę homoseksualną. Nie muszę chyba wspominać, jak do tej tematyki odnosi się większość naszego społeczeństwa - chociaż z roku na rok widać, pod tym względem jest coraz to mniej kontrowersyjne.

"Lewy horyzont kobiety" to tak naprawdę opowieść o przysłowiowym wyjściu z ukrycia, szalonej miłości, nutki erotyzmu, uczuciach - ale nie tylko. Niestety, chcąc, nie chcąc ciężko jest spojrzeć na ten zbiór, jako na całość, gdyż zakres tematyczny jest tak szeroki i różnorodny, że aż chwilami do siebie niepasujący. Gdy zagłębiałam się w lekturę coraz bardziej, miałam wrażenie, że niektóre z tych utworów są zwyczajnie niepotrzebne, a co gorsza, nijak nie przypominające prawdziwej twórczości poetyckiej. Dodając do tego fakt, iż niekoniecznie są one ze sobą spójne, działa to niestety na niekorzyść wydania.

Co prawda większość z nich niosą ze sobą naprawdę ciekawe przesłania, jednak to wciąż trochę za mało. Owszem, należę do osób wybrednych i się z tym nie kryję. Ale w tym wypadku to akurat nie o to chodzi. Dla mnie tomik poezji powinien być prostolinijny i przede wszystkim zgrany. Jeden wiersz powinien wychodzić z drugiego, a ich przesłania powinny się w pewien sposób ze sobą łączyć nadając temu głębszy sens, a tutaj niestety tego brakuje - pomijając już główne przesłanki, jakie miała autorka na początku.

Czy było coś, co rzeczywiście mnie zachwyciło lub porwało w tej lekturze? Owszem. Pomijając fantastyczną oprawę graficzną - zarówno przyciągającą wzrok okładkę, jak i zdjęcia, które można zobaczyć prawie przy każdym wierszu (zarówno autorstwa samej autorki, jak i pozostałej dwójki), to muszę przyznać, że spodobały mi się konkretnie dwa z czterdziestu liryków - "Właśnie dziś" oraz "Jak sobie pościelisz". Według mnie to chyba najlepsze z nich wszystkich, głównie dlatego, że są bardzo dobitne i przede wszystkim niosą ze sobą głębszy sens.

Ogólnie rzecz biorąc to trudno jest mi tę lekturę jakkolwiek wycenić. Z jednej strony ma wady, ale nie jest bez zalet i nie mam zamiaru spisać jej na straty. Jest to lektura o tyle prawdziwa, że większość z nich można sobie przełożyć na realny świat i szarą codzienność. Być może jest w niej jeszcze coś, czego ja nie dostrzegam. Póki co mogę tylko powiedzieć tyle: Ciekawa to może i ona jest, ale mimo wszystko nie jest to coś, co mogłabym nazwać młodą Szymborską. Jak dla mnie coś nowego, coś innego, choć niezbyt wyróżniającego się. Dobre do poczytania w wolne popołudnie i zastanowienia się na czym to nasz świat stoi.

Z cyklu: Stosik na listopad

Jak już wspominałam przy okazji poprzedniego stosu, ten dzisiejszy to jest zwyczajnie druga część stosiska październikowego. Na wpół recenzyjny, wpół zakupowo-niespodziankowy. A wszystko przez moją sklerozę. Tak, czy siak przejdźmy do rzeczy:

Od góry:

1) "Dawca" - Lois Lowry -> egzemplarz od Galerii Ksiązki. W trakcie czytania. Niedługo recenzja.

2) "Całun dla pielęgniarski" - P.D. James -> od Wydawnictwa WAB. Niestety jeszcze czeka na swoją kolej. Ale już się nie mogę doczekać, aż się za niego wezmę!

3) "Krzyk Icemarku" - Stuart Hill -> również od Wydawnictwa Galeria Książki

4) "Zostań, jeśli kochasz" - Gayle Forman -> egzemplarz od Naszej Księgarni; recenzję możecie przeczytać >>tutaj<<

5) "Miasto niebiańskiego ognia" - Cassandra Clare -> chyba najbardziej upragniona pozycja z tego stosu. Szkoda tylko, że wersja okładkowa różni się od moich pozostałych egzemplarzy. Do recenzji od Sztukatera; recenzja jeszcze w tym tygodniu!

6) "Upadek Arkadii" - Kai Meyer -> moja mama wie, jak mnie przekupić, żebym wytrzymała z nią na zakupach; pomijając fakt, że szukałyśmy butów dla mnie... Tak czy siak - zakupiona w Empiku, a z moim szczęściem dostałyśmy jeszcze rabat -50% :)

7) "Powód by oddychać" - Rebecca Donovan -> mój własny, prywatny prezent urodzinowy, który sprezentowałam sobie sama; i kto by pomyślał, że wcześniej nawet o tej książce nie słyszałam!

8) "Zbuntowani" - C.J.Daugherty -> kolejna pozycja, którą przekupiła mnie mama na zakupach - w zasadzie to ona była moim "priorytetem", a "Upadek Arkadii" dostałam dodatkowo :)

9) "Cena odwagi" - Ewa Seno -> egzemplarz do recenzji w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają; o wrażeniach z lektury możecie przeczytać >>tutaj<<

10) "Tatuaż z lilią" - Ewa Seno -> jeden z zakupowych szałów w trakcie wyprawy do Empiku

11) "Zieleń szmaragdu" - Kristin Gier -> prezent od mojego Wariata z okazji urodzin; i wreszcie mam całą trylogię w komplecie!

12) "Ziołowy zakątek" - Klaudyna Hebda -> szalona książka, która uczy nas jak wykonać samemu różnorakie kosmetyki; otrzymana od Naszej Księgarni, a recenzję możecie zobaczyć >>tutaj<<

I jak? Znaleźliście coś dla siebie? Jakieś propozycje, którą z pozycji mam wziąć do recenzji, jako pierwszą? A co Wy aktualnie czytacie? Pochwalcie się :)

Recenzja: "Cena odwagi" - Ewa Seno


Tytuł: Cena odwagi
Autor: Ewa Seno
Wydawnictwo: Feeria Young
Wydanie: 2014-10-16
ISBN: 978-83-7229-421-0
Objętość: 329
Cena: 29,90 zł

Moja ocena: 5/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa

"Trudno jest pogodzić się z tak gwałtownymi zmianami w życiu, jak te, które spotkały Ninę. przeprowadzka z Polski do USA, gorący romans z nauczycielem (a jak się później okazało - największym wrogiem), tajemnicza śmierć ciotki, a w końcu całkowicie nowa prawda o sobie i swoim pochodzeniu to zdecydowanie za dużo, jak na jedną nastolatkę..."

W drugiem tomie o tajemniczej Antili, Nina wyrusza wraz ze swoja świtą w wielką podróż po różnorakich krainach w poszukiwaniu sojuszników, a przy okazji w poszukiwaniu prawdy, jak ujarzmić nowo nabytymi mocami. "Cena odwagi" to już moja druga przygoda z powieściami pani Ewy Seno - młodziutkiej wielkopolanki, którą zna wielu dzięki poprzedniej swojej książce "Tatuaż z Lilią".

Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka książka wygląda naprawdę interesująco i wręcz mnie zaintrygowała. Głęboka czerwień okładki, świetnie dobrana grafika - idealny zestaw dla przyciągnięcia uwagi. Niestety w przypadku treści nie jest już tak kolorowo. Styl i język autorki nie jest jakiś wygórowany, ani udziwniony. Prosty i logiczny, dzięki czemu bardzo zgrabnie cię czyta i za to plus.

Jeśli chodzi o sam pomysł, to tutaj autorka trochę mnie zawiodła. Co prawda - historia Niny jest naprawdę ciekawa, ale niestety nowatorska to już nie. Szkoda, że pani Ewa, zamiast postawić na coś nowego, innego, zatrzymała się przy utartych schematach, których pełno jest teraz w młodzieżówkach - i nie tylko. W trakcie czytania wielokrotnie miałam wrażenie "deja vi" przez co ta cała radość, jaką miałam nim przystąpiłam do lektury prawie całkowicie oklapła. Przewidywalność to zdecydowanie nie jest dobra strona tej lektury.

A jak z akcją? No tak. Jeśli o to chodzi, to naprawdę w tej książce sporo się dzieje, przez co bohaterowie wydają się naprawdę ciekawi i w miarę realistyczni - przynajmniej niektórzy. Jednak mimo wszystko na przyszłość wolałabym nawet mniej "zachodu" i koloryzowania akcji, a więcej dopracowanych szczegółów - bo póki co troszeczkę się w poszczególnych sytuacjach pogubiłam.

Czytało mi się szybko i nawet przyjemnie, nie powiem, że nie, jednak mimo wszystko czegoś mi tutaj brak. Może, gdyby bardziej to wszystko dopracować, zrobiłby się z tego naprawdę niezły hit, jak np. w przypadku "Niewolnicy" A.M.Chaudiere - póki co pozostaje mi tylko liczyć, że w kolejnej części autorka bardziej pozytywnie mnie zaskoczy.

Książkę przeczytałam w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

Recenzja: "Zostań, jeśli kochasz" - Gayle Forman


Tytuł: Zostań, jeśli kochasz
Autor: Gayle Forman
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wydanie: 2014-09-10
ISBN: 978-83-10-12790-7
Objętość: 247
Cena: 24,90 zł

Moja ocena: 7/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia

"... umieranie jest proste. To życie jest trudne." - fakt ten uświadomiła sobie Mia, która w tragicznym wypadku straciła rodzinę, a mimo to sama przeżyła. W ciężkim stanie trafiła na OIOM, gdzie musiała patrzeć, jak jej najbliżsi reagują na wieść, że została sierotą i nie wiadomo czy w ogóle z tego wyjdzie. A wszystko dlatego, że dziewczyna trwa w stanie dziwnego zawieszenia - pomiędzy życiem, a śmiercią. Ogląda wszystkie wydarzenia z boku, jak duch, ale przecież nim nie jest. Chcąc wyjść z tego stanu musi dokonać najtrudniejszej decyzji - wrócić i żyć, mimo wielkiego ciężaru na sercu, czy pójść dalej - i spotkać się ze swoją rodziną.

Szczerze powiedziawszy, to o ekranizacji dowiedziałam się dopiero, gdy pochłonęłam książkę praktycznie do połowy. Nie jestem osobą, która śledzi na bieżąco wszystkie nowości kinowe - dlatego też nie poznałam nawet tego, że okładka jest żywcem wyrwana z kadrów ekranizacji. Na swój sposób ciekawa - prosta, skromna, ale pomimo to ma w sobie głębię i szalony przekaz, który już na tzw. "dzień dobry" zaznajamia nas z tym, co czeka na nas w środku.

Sama lektura zaczyna się dość dramatycznie, jednak im dalej w las, tym wszystko przeradza się w coraz to bardziej tkliwą, acz trochę melancholijną historię. Minusem może być tutaj krótki czas akcji, bowiem wszystko rozgrywa się na przestrzeni dwudziestu czterech godzin. Plusem są natomiast wszelkie wstawki z przeszłości - wydarzenia, które wspomina Mia w trakcie, gdy próbuje podjąć decyzję. Przeszłość i teraźniejszość wręcz splatają się tutaj ze sobą, dając całkiem ciekawą mieszankę.

W dodatku sam język powieści jest naprawdę prosty i przyjemny w czytaniu - a dodając do tego fakt, iż nie jest to książka obszerna - czytelnik wręcz ją pochłania, gdyż nie sposób się nawet przy niej męczyć. Zaskoczyło mnie jednak tutaj zaskoczenie - może dlatego, iż po cichu liczyłam na to, że autorka pozostawi czytelnikom furtkę w takiej postaci, ażeby z ostatniego zdania nie wynikała w stu procentach jej decyzja, a wręcz przeciwnie - pozostawiła niepewność i możliwość wyboru przez samego czytelnika - czy dziewczyna wróci "do żywych", czy też umrze. Poza tym nie znalazłam w niej żadnych strasznych rzeczy, które w jakikolwiek sposób zniechęcałyby mnie do niej. Co więcej - nawet jestem skłonna obejrzeć ekranizację i porównać obie wersje między sobą.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia

Z cyklu: Stosik na październik

Skleroza - rzecz cudowna. Oświecenie - jeszcze lepsza. Własnie się o tym przekonałam w momencie, gdy przeglądając archiwum bloga, doszłam do wniosku, iż w tym miesiącu nie pokazałam wam żadnego stosiska! Skandal to ogromny, zwłaszcza, że z tygodnia na tydzień moje nakłady nowości ulegały coraz to większym pokładom miejsca w pokoju, a ja sama nie mogłam się doczekać, aż najdzie listopad, ażebym mogła Wam je wszystkie zaprezentować. Dlatego też postanowiłam, że nie chce mi się czekać tych kilku dni i podzieliwszy mój mega-stos na dwie części, prezentuję Wam pierwszą z nich: 

Od góry:

1) "Lato drugiej szansy" - Morgan Matson -> efekt ostatniej wymiany na LC

2) "52 tygodnie" - Ludmiła Piasecka -> "niezapowiedziany" egzemplarz od Wydawnictwa Nasza Księgarnia; już przeczytana, jednak recenzja będzie najwcześniej w przyszłym tygodniu 

3) "Serce w płomieniach" - Richelle Mead -> również od Naszej Księgarni; recenzję możecie przeczytać >>tutaj<<

4) "Cienie na księżycu" - Zoe Marriott -> kolejna wymiana bloggerska na słynnym LC

5) "Szukaj mnie wśród lawendy" - Agnieszka Lingas-Łoniewska -> egzemplarz otrzymany w ramach akcji "Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają; recenzję możecie przeczytać >>tutaj<<

6) "Kurs dziennikarstwa dla samouków" - Małgorzata Karolina Piekarska -> otrzymany od Sztukatera

7) "Dziennik Pisarza" - zbiór autorów -> szczerze powiedziawszy, to kusiłam się, ażeby go kupić, bowiem w końcu został wydany dla PNGiSAM, ale trafił mi się taki wcześniej od Sztukatera; recenzja na dniach - jak dobrze pójdzie to może nawet jutro

8) "Pepe i spółka. znowu na tropie" - Jean Philippe Arrou-Vignod -> również od Sztukatera

9) "Ostatni papież" - Dariusz Hyrciuk -> j.w.

10) "Pokuta" - Olle Lönnaeus -> i jeszcze jeden egzemplarz od Sztukatera

11) "Nigdziebądź" - Neil Gaiman -> od MAGa; książka już przeczytana, recenzji możecie się natomiast spodziewać jeszcze w tym tygodniu

Oczywiście, z moją sklerozą zapomniałam o jeszcze jednym egzemplarzu od Sztukatera, a mianowicie "Magiczne drzewo. Cień Smoka" - Andrzeja Maleszki, za który to egzemplarz właśnie mam się zamiar zabrać. To tyle. I jak? Macie na coś chrapkę? Na pozostała część stosiska musicie poczekać kilka dni - bowiem pojawi się już normalnie - w listopadzie ;) 

Recenzja: "Ziołowy zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu" - Klaudyna Hebda

Tytuł: Ziołowy zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu
Autor: Klaudyna Hebda
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wydanie: 2014-06-30
ISBN: 978-83-10-12622-1
Objętość: 320
Cena: 64,90 zł

Moja ocena: 8/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia

Coraz więcej słyszy się informacji, jakoby w kosmetykach, które stosujemy jest coraz to więcej chemii i produktów szkodliwych dla naszego organizmu. Dlatego też, która z nas nie chciałaby wiedzieć od początku do końca co tak naprawdę się znajduje w balsamie do ciała, który używamy, albo toniku do twarzy? Chyba każda. Dzięki najnowszej książce autorstwa Klaudyny Hebdy można tego dokonać. Co więcej - można zrobić samemu kosmetyki bez większych trudności. 

Sięgając po "Ziołowy zakątek" już na samym początku zauroczy nas jego okładka. Nie dość, ze bardzo tematyczna, to w dodatku bardzo barwna i kolorowa. Szczerze powiedziawszy to mogłabym się w nią wpatrywać całymi godzinami. To samo się tyczy grafiki w środku książki - pełno kolorowych zdjęć, które ukazują jak przygotowywać dany produkt i co najważniejsze - jak wygląda efekt końcowy. Minusem jest niestety fakt, że nie każda receptura ma przypisaną do siebie odpowiednią grafikę, przez co w niektórych przypadkach możemy się tylko domyślać, jak dana mikstura powinna wyglądać.

Ogólnie rzecz biorąc to jak na tego typu poradnik, to jest on bardzo przejrzysty. Ładny spis treści, wszystko podzielone pod względem tematycznym - jednym słowem - nie mamy prawa się w nim pogubić. Co lepsze - znajdziemy tutaj praktycznie wszystko, co potrzebne jest nam do naszego małego kobiecego szczęścia - masła, balsamy, oleje, peelingi, toniki, odżywki do włosów, a nawet produkty do depilacji, czy uwaga... pomadki do ust. 

Każdy przepis podzielony jest na kilka kategorii - podstawowe informacje dotyczące czasu przygotowania, poziomu trudności, zastosowania i działania, składniki i sposób przygotowania. Tak po prawdzie większość z nich jest naprawdę łatwa do przygotowania, wręcz banalna - dlatego też sądzę, że poradziłby sobie z nimi praktycznie każdy. Minusem są niestety składniki, które niekiedy są dość trudne do zdobycia, bądź kosztowne, jak np.owoce jałowca, czy wetiwer. Jeszcze jednym smutnym "ale" jest fakt, iż może i większość z nich jest prosta, ale niestety czas oczekiwania na produkt finalny trwa nawet tygodnie, co nie jest zbytnio optymistyczne dla osób, które muszą testować coś na "już" - jak chociażby ja, która to należy do osób strasznie niecierpliwych pod tym względem. Wiadomo, ze dla chcącego nic trudnego oraz, że dla piękna nie liczy się żadna cena, ale mimo wszystko warto o tym pamiętać, że nic nie jest takie hop-siup.

"ziołowy zakątek" to naprawdę ciekawy poradnik, z którym powinna się zapoznać każda kobieta, chcąca dbać o swoje ciało w jak najlepszy sposób. Osobiście wypróbowałam kilka z "przepisów" i muszę przyznać, że wyniki są oszołamiające! W pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Nic więc dziwnego, że lektura ta mnie wręcz pochłonęła i od tej pory nie wyobrażam sobie życia bez moich ukochanych specyfików. Jeśli więc chcecie o siebie zadbać, a nie do końca wiecie jak, to jest coś idealnego dla Was. I mówię to całkiem szczerze. Dlatego też, jak najszybciej radzę zakupić tę lekturę (i tak wiem, cena może nieco wygórowana, ale warto). Ja natomiast wracam zanurzać się z powrotem w tym wspaniałym świecie zapachów...

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia

Recenzja: "Szukaj mnie wśród lawendy" - Agnieszka Lingas-Łoniewska


Tytuł: Szukaj mnie wśród lawendy
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Novae Res
Wydanie: 2014-10-25
ISBN: 978-83-7942-234-0
Objętość: 228
Cena: 29 zł

Moja ocena: 6/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa!

Kto z nas nie słyszał o Agnieszce Lingas-Łoniewskiej? Chyba nie ma takiej osoby - przynajmniej wśród książkowych bloggerów i czytelników literatury polskiej. Młoda wrocławianka, która nie dość, że pisze książki, to sama należy do grona recenzentów i osób propagujących polskie czytelnictwo. Osobiście to jej zazdroszczę - i nie mam tutaj na myśli tylko talentu, ale tego, że potrafi to wszystko pogodzić. No ale do rzeczy...

Dzisiaj na tapetę postanowiłam wrzucić "Szukaj mnie wśród lawendy" - powieść, która opowiada historię Zuzanny, Zofii i Gabrysi - siostrach, których życie nie układa się tak, jak one sobie tego wymarzą. Zofia - matka, żona i... fanatyczka rękodzieła, parała się pracami domowymi, nie mając ani chwili dla siebie samej. Gabrysia - samotna matka, właścicielka salonu do masażu, mieszkająca w Południowej Dalmacji, której sen z oczu spędza ojciec dziecka. I wreszcie Zuzanna - nasza tytułowa postać - pogromca wśród swoich podwładnych, przemierza korytarze wielkiej korporacji, marząc o wielkiej miłości i jakiejkolwiek formie życia prywatnego. W dodatku jak na złość każdy jej związek prędzej czy później chylił się ku upadkowi - nie to, co firma. Dziewczyny spotykają się ze sobą w malowniczej Chorwacji, a wszystko dzięki dziesiątej rocznicy założenia firmy Adama Fabera. Od tej pory zaczyna się podróż w nieznane, gdzie zapach lawendy przysłania wszystko w koło, miłość rośnie w siłę razem z mnóstwem innych mniej lub bardziej pozytywnych emocji...

Muszę przyznać, że jeszcze przed rozpoczęciem lektury, już byłam zachwycona tą książką. A wszystko przez niesamowitą okładkę - ma ona w sobie niesamowita głębię, która miesza się z delikatnością barw, jakie widzimy na pierwszy rzut oka. Nic więc dziwnego, że przyciąga wzrok i od razu z o wiele większą przyjemnością chce się ją czytać.

Jeśli chodzi o treść, to styl i język, jakim pisze autorka jest po prostu obłędny. Prosty, ale taki delikatny i wciągający, jak mało który. Autorka w sposób bardzo przemyślany lawiruje pomiędzy coraz to nowymi epizodami, a najlepsze w tym wypadku są chyba opisy krajobrazów i miejsc poszczególnych wydarzeń. Lekka i przyjemna, w sam raz na mroźne popołudnie. Już samo przeniesienie się myślą do tych wszystkich, wspaniałych i gorących miejsc potrafi człowiekowi niemało poprawić humor.

Jedynym minusem powieści pani Lingas-Łoniewskiej jest niestety to, że tego typu lektura jest strasznie przewidywalna, a wszystko przez fakt, iż na polskim rynku książek o podobnej tematyce jest cała masa. Nie uważam jednak, że jest ona zła, co to, to nie, bo to naprawdę ciekawa lektura, jednak uważam, że potrzebowałaby ona jeszcze jakiegoś małego powiewu czegoś nowego - czegoś, co do tej pory jeszcze w takich powieściach nie miało miejsca. Nie jest to jednak łatwe, przy takim asortymencie na naszym rynku.

Nie chcę tutaj gdybać, co by było, gdyby dlatego pozostanę przy tym, że mimo wszystko jest to naprawdę ciekawa historia i warta spędzenia z nią kilku godzin, zanurzając się myślami w tych ogromnych polach lawendy...

Książkę przeczytałam w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

Recenzja: "Hopeless" - Coleen Hoover


Tytuł: Hopeless
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie: 2014-06-16
ISBN: 978-83-7515-281-4
Objętość: 424
Cena: 34,90 zł

Moja ocena: 9/10 pkt.
Szufladka: Wspaniała!

"Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa. To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. W jego obecności Sky odczuwa strach i fascynację, ożywają wspomnienia, o których wolałaby zapomnieć. Dziewczyna próbuje trzymać się na dystans – wie, że Holder oznacza jedno: kłopoty. On natomiast chce dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia."

Tego typu zapowiedzi znałam na długo przed wydaniem "Hopeless". Jednak, gdy książka trafiła w moje ręce nie mogłam się przemóc, by po nią sięgnąć. Głównie przez te wszystkie wychwalające opinie - trochę się przeraziłam, że będzie to kolejna z wielu książek, o których pełno pozytywów w sieci, a tak naprawdę nic ze sobą nie wnoszą. W końcu jednak postanowiłam się odciąć od tych wszystkich recenzji i opinii innych i samej stworzyć swoją własną.

W tej chwili mogę tylko żałować jednego - że tak długo zwlekałam. "Hopeless" pochłonęłam w przeciągu jednego dnia. Naprawdę. I stwierdzam z czystym sercem, że te wszystkie tłumy wielbicieli powieści pani Coover mieli zwyczajnie stuprocentową rację. Książka jest po prostu wspaniała - jedyny minus to tylko taki, że za krótka. Pełno w niej uczuć, przesłań i wielu innych wspaniałości, które tylko nakręcają całą historię, a czytelnika wprowadzają w swój magiczny świat.

Do tej pory nie miałam styczności z podobną powieścią, dlatego też spodobała mi się ona jeszcze bardziej. Może z samego opisu wygląda tak, jakoby autorka wzorowała się na innych książkach w stylu delikatna, nieświadoma nastolatka kontra przystojny acz zły chłopak, zakazane uczucie i tym podobne, ale nie. Ta książka ma w sobie głębię, z której osobiście mogłabym nigdy nie wychodzić. Tak, jak tu stoję (a raczej siedzę) stwierdzam, że jeszcze niejednokrotnie do niej powrócę - i nie tylko, aby przeżyć na nowo przygodę ze Sky i Dean'em, ale chociażby dlatego, ażeby poczuć na nowo te wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi w trakcie czytania.

Tej lekturze nie można praktycznie nic zarzucić. Autorka pisze zgrabnie, ciekawie i na temat. Nie ma tzw. "lania wody", nie ma nudów. Okładka też jest po prostu nieziemska. A treść? Jeśli chcecie się przekonać, to musicie jak najszybciej ją podchwycić i przeczytać, bo naprawdę warto.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte

Recenzja: "Serce w płomieniach" - Richelle Mead

Tytuł: Serce w płomieniach
Autor: Richelle Mead
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wydanie: 2014-07-09
ISBN: 978-83-1012-629-0
Objętość: 416
Cena: 39,90 zł

Moja ocena: 8/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia

Swoją przygodę z książkami pani Mead zaczęłam od fantastycznej serii pt. "Akademia wampirów". Nic więc dziwnego, że po ukazaniu się kolejnej historii jej autorstwa, postanowiłam po nią sięgnąć. Tym bardziej, że moi uwielbiani i ukochani bohaterowie goszczą w "Kronikach krwi", a "Serce w płomieniach" nad którym dziś się będę rozwodzić to już czwarta część tej wampiryczno-alchemicznej przygody.

Książka opowiada historię Sydney, młodej alchemiczki, która z początku zmuszona do pracy z wampirami, teraz pokonuje kolejne przeszkody idąc z nimi ramię w ramię. Co więcej, jej wielką, acz niedostępną miłością jest bardzo przystojny, acz szalenie irytujący wszystkich w koło wampir. Nie muszę chyba dodawać, że to mój ulubieniec, rzec jasna. "Serce w płonieniach" to w zasadzie czysta kontynuacja przygód rozpoczętych w tomie poprzednim, gdzie doszły dodatkowe acz znaczące wydarzenia, jak np. Sydney wstępująca do sabatu czarownic, czy rozwód jej rodziców. Tak po prawdzie to właśnie ona jest tutaj główną bohaterką, a mimo wszystko pozostali również odgrywają znaczną rolę w tym tomie.

Gdybym miała przyrównać tę część do poprzednich, to ze szczerym sercem stwierdzam, iż jest ona zdecydowanie lepsza od swoich poprzedniczek. Widać, że autorka z każdą kolejną, wydaną częścią stara się coraz to bardziej i coraz to bardziej angażuje się w rozwijanie poszczególnych bohaterów. Tutaj nie sposób się nudzić, gdyż fabułą jest ciekawa i postępuje w miarę miarowo. Może nie jest to jakiś fenomen wydawniczy, wpasowujący się pod definicję "bestselleru", ale niemniej jest to bardzo ciekawa i zachęcająca lektura.

Styl i język pisarski jest logiczny i w żaden sposób nieskomplikowany. Czyta się szybko, można by rzec ekspresowo, a co za tym idzie chce się więcej. Nic w tym dziwnego, skoro np. taki Adrian wspaniale nakręca całość chociażby swoimi zabawnymi tekstami - gdzie chociażby dla nich samych warto ją przeczytać. Autorka pisze w miarę zwięźle i na temat. Nie ma niepotrzebnego "lania wody", ani strasznie przynudzających sytuacji w fabule. Nie. Jedynym sporym minusem jest niestety okładka, która tak samo, jak w przypadku poprzednich tomów w żaden sposób nie zachęca i nie przyciąga wzroku potencjalnego klienta, tudzież czytelnika - a warto pamiętać, że większość z nas to głównie wzrokowcy i na tym, jak wygląda okładka i jakie odczucia za sobą niesie powinno zostać dobrze przeanalizowane przez wydawnictwo, które daną powieść wydaje.

Według mnie "Serce w płomieniach" to bardzo ciekawa, lekka lekturka, umilająca popołudnie. Może nie jest jakoś górnolotna, ale mimo wszystko potrafi wkręcić na tyle, by czytelnik mógł się ze spokojem odnaleźć w świecie i przedstawionym, dlatego tez uważam, że jak na powieść dla młodzieży mogę ze szczerym sercem ją polecić nie tylko tej grupie czytelników, ale i pozostałym, którym to nie straszni są alchemicy czy wampirzy świat.

Książkę miałąm możliwość przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictw Nasza Księgarnia

Recenzja: "Rzeki Londynu" - Ben Aaronovitch


Tytuł: Rzeki Londynu
Autor: Ben Aaronovitch
Wydawnictwo: MAG
Wydanie: 2014-03-18
ISBN: 978-83-7480-425-7
Objętość: 384
Cena: 35,00 zł

Moja ocena: 9/10 pkt.
Szufladka: Totalna rewelacja!

Peter Grant - niegdyś posterunkowy, obecnie prywatny detektyw, a jednocześnie uczeń na czarodzieja, którego zadaniem jest zajmowanie się wszystkimi paranormalnymi i fantastycznymi sprawami, jak np. wampiry, bogowie, duchy, itp. Jak możemy wyczytać na tylnej stronie okładki, Peter otrzymuje nowe zadanie - albowiem "Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał." Nic więc dziwnego, że na samą myśl o tej lekturze zżerała mnie ciekawość.

"Rzeki Londynu" to historia pisana z punktu widzenia głównego bohatera, która staje się tym ciekawsza, im więcej wewnętrznych rozterek, czy rozważań Petera w sobie zawiera. Już od samego początku niesamowicie wciąga czytelnika w wir wydarzeń - zwłaszcza, że mamy tutaj wszystko - duchy, wampiry, magię, ale i trochę kryminału. W dodatku lekturę uświetniają tylko przezabawne teksty bohaterów, jak i lekkie roztrzepanie mojego nowego ulubieńca - pana Grant'a.

Ben Aaronovitch idealnie połączył kryminalistyczny świat z fantastyką, która jest dla mnie od zawsze ulubionym gatunkiem literackim. W dodatku sam styl i język powieści jest niesamowicie lekki, a co za tym idzie przyjemny i łatwy w odbiorze. Czyta się ją niesamowicie szybko, co jest z jednej strony wielką zaletą, z drugiej zaś wadą, gdy po skończonej powieści wciąż się czuje niedosyt i chęć zgłębiania kolejnych przygód naszego szalonego detektywa. Osobiście nie miałam okazji spotkać się z innymi powieściami autora, jednak jeśli są one tak samo ciekawe i przyjemne jak ta, to jestem w stu procentach pewna tego, że muszę to jak najszybciej nadrobić.

Tak naprawdę "Rzeki Londynu" z mojego punktu widzenia mogą opływać w moim niemałym zachwycie zarówno jeśli chodzi o fabułę, żwawą i ciekawą akcję, jak i bohaterów. Niestety ma również drobne minusy, a mianowicie zakończenie, które całkowicie mnie zaskoczyło i nie przypadło mi do gustu - spodziewałam się całkowicie czegoś innego - co prawda nie jest ono "urwane", jak w przypadku niektórych serii, ale i tak to nie jest to. Zagłębiać się jednak nie będę tutaj, gdyż nie chcę Wam zepsuć zabawy z czytania i niepotrzebnie spamować. Drugiem drobnym, ale mimo wszystko minusem jest okładka, która bardziej przypomina mi przygody "Sherlocka Holmes'a", aniżeli mieszankę kryminału i fantastyki w jednym. Poza tym jednak nie mam najmniejszych zastrzeżeń co do lektury i uważam, że każdy powinien się z nią zapoznać, a zbrodnią by było, gdybym Was do niej nie zachęciła.

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Z cyklu: Czas na nowości i zapowiedzi!

Wiecie, że w najbliższym czasie na światło dzienne wyszło kilka perełek - i kilka czeka na swój wielki dzień?


"Echoprakcja" - Peter Watts 
Premiera 24 września

Przygotujcie się na całkowicie nową Osobliwość. Oto „Echopraksja”, kontynuacja nominowanego do nagrody Hugo „Ślepowidzenia”. Zbliża się XXII wiek. Jest to świat, w którym ci, co odeszli, wysyłają żywym pocztówki z Nieba, wierni wprowadzają się w ekstazę religijną, dokonując rewolucji w nauce; w którym genetycznie zrekonstruowane wampiry rozwiązują problemy nierozwiązywalne dla zwykłych ludzi, a żołnierze mają w głowie przełącznik trybu zombie, odcinający im samoświadomość podczas walki. A wszystko to monitoruje obca inteligencja, która nie zamierza się ujawnić.
Daniel Brüks jest żywą skamieliną, biologiem terenowym w świecie, gdzie biologia się zinformatyzowała; jest marionetką wykorzystaną przez terrorystów do zabicia tysięcy ludzi. Ukrywa się na pustyni w Oregonie, odwróciwszy się plecami do ludzkości, rozpadającej się z każdą sekundą na odrębne podgatunki. Jednakże którejś nocy budzi się w oku cyklonu, który wywróci cały świat do góry nogami.
Uwięziony na pokładzie statku lecącego do środka Układu Słonecznego, po lewej stronie ma dręczonego tęsknotą żołnierza, którego obsesją są szeptane wiadomości od dawno zmarłego syna. Po prawej – panią pilot, tropiącą człowieka, którego przysięgła zabić na miejscu. W cieniach za jego plecami czai się wampirzyca ze świtą zombie-ochroniarzy. Przed sobą zaś mają garstkę mnichów w szponach religijnego uniesienia, prowadzącą ich na spotkanie z czymś, co nazwali „Aniołami z asteroid”. Na tej pielgrzymce Daniel Brüks, ludzka skamieniałość, stanie oko w oko z największym przełomem ewolucyjnym od powstania rozumu.



"Uczeń skrytobójcy" - Robin Hobb 
Premiera 24 września - Nowe wydanie!


"Uczeń skrytobójcy" to pierwszy tom legendarnej serii fantasy. Jest w niej magia i zły urok, jest bohaterstwo i podłość, pasja i przygoda.
Młody Bastard to nieprawy syn księcia Rycerskiego. Dorasta na dworze w Królestwie Sześciu Księstw, wychowywany przez szorstkiego koniuszego swego ojca. Ignoruje go cała rodzina królewska oprócz chwiejnego w swoich sądach króla Roztropnego, który każe uczyć chłopca sekretnej sztuki skrytobójstwa. W żyłach Bastarda płynie błękitna krew, ma więc zdolność do korzystania z Mocy.

"Grobowiec ciszy" - Tove Asterdal 
Premiera 24 września

Tove Asterdal, uznawana za jedną z najlepszych autorek skandynawskich, powraca z wciągającym kryminałem połączonym z mroczną sagą rodzinną.

„Grobowiec ciszy” to sugestywny, realistyczny obraz północnych rubieży Skandynawii – egzotycznych dla przeciętnego Polaka. Żywy obraz szwedzko-fińskiego pogranicza z jego fascynującą historią (komuniści-marzyciele z lat 30. XX wieku, naziści z czasów wojny) i niemniej ciekawym dniem dzisiejszym. To także pasjonująca historia o znaczeniu więzów rodzinnych, poszukiwaniu własnej tożsamości, wierności sobie i tęsknocie za lepszym, godnym życiem. Najnowsza i najjaśniejsza gwiazda na firmamencie szwedzkiej literatury kryminalnej.





Nigdziebądź" - Neil Gaiman 
Premiera 24 września

Najlepsza humorystyczna powieść fantasy lat dziewięćdziesiątych. Pełna niezwykłych przygód, barwnych postaci i niesamowitych zdarzeń. Neil Gaiman, laureat World Fantasy Award, jest znany w Polsce m.in. z powieści ′′Dobry Omen′′, napisanej wspólnie z Terrym Pratchettem. "Richard Oliver Mayhew, bohater Nigdziebądź, jest w tarapatach. Przyszły na niego, prawdę powiedziawszy, takie kłopoty i takie terminy, że zaczął pisać - w pamięci - pamiętnik. Zaczął tak: Drogi pamiętniku. W piątek miałem pracę, narzeczoną, dom i sensowne życie, o ile w ogóle życie może mieć sens. Potem znalazłem na chodniku ranną, krwawiącą dziewczynę i próbowałem zostać dobrym Samarytaninem. Teraz nie mam narzeczonej, domu ani pracy i wędruję sto metrów pod ulicami Londynu z perspektywą życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych. Ha, nic dodać, nic ująć. " -  Andrzej Sapkowski.



"Miasto niebiańskiego ognia" - Cassandra Clare 
Premiera 24 września - Zakończenie serii “Dary anioła”

Ciemność ogarnęła świat Nocnych Łowców. Chaos i destrukcja obezwładniają Nefilim, ale Clary, Jace, Simon i ich przyjaciele łączą siły, żeby walczyć z największym złem, z jakim kiedykolwiek się zetknęli. Brat Clary, Sebastian Morgenstern, systematycznie usiłuje zniszczyć Nocnych Łowców. Posługując się Piekielnym Kielichem, zmienia ich w istoty z koszmaru, rozdziela rodziny i kochanków, powiększa szeregi swojej armii Mrocznych. Nic na świecie nie jest w stanie go pokonać… ale jeśli Clary i jej drużyna wyprawią się do królestwa demonów, mogą mieć szansę… Ludzie stracą życie, miłość zostanie poświęcona, cały świat się zmieni. Kto przeżyje w szóstej i ostatniej, wybuchowej części „Darów Anioła"?




"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" - Mark Helprin
 Premiera 8 października

Oscar Progresso siada codziennie w ogrodzie na szczycie góry (uzbrojony w walthera P88, z którym się nie rozstaje), spogląda na Rio de Janeiro i spisuje swoje wspomnienia, po czym skrzętnie upycha je w mrówkoszczelnej kasecie. To, co przeżył, wydaje się nieprawdopodobne: zabójstwo w obronie własnej, pobyt w szpitalu psychiatrycznym, małżeństwo z cudowną milionerką, rozwód z okrutną milionerką, obrabowanie największego banku na świecie, dwukrotne zestrzelenie przez Luftwaffe, rozmowy z papieżem w stylu: „cześć, właśnie się do ciebie wybieraliśmy”, oświadczyny po pięciu minutach znajomości i ślub z trzykrotnie młodszą Brazylijką... Aż trudno uwierzyć, że największy wpływ na życie tego ekscentrycznego Amerykanina miała... kawa, „siła nieczysta”, z którą obsesyjnie walczył. Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety jest kpiarski i wzruszający, nostalgiczny i krzepiący, dramatyczny i arcyzabawny – to powieść, od której trudno się oderwać.


Viveca Sten - „Na spokojnych wodach” 
Premiera październik 2014

Jest upalny lipcowy poranek na Sandhamn. Na plaży zostaje znalezione ciało mężczyzny oplątane w rybacką sieć. Tydzień później na wybrzeżu zostaje znalezione zmasakrowane ciało kobiety. Śledztwo prowadzi inspektor Thomas Andreasson z policji w Nacka.
Co łączy dwa trupy z Sandhamn? I jakie sekrety skrywa mała społeczność? Czy Thomas dręczony cierpieniem po stracie nowonarodzonego dziecka i rozpadzie małżeństwa podoła trudnej sprawie? Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu przyjaciółka z dzieciństwa Nora Linde, która spędza lato na wyspie. Policjanci pracują pod ogromną presją. Muszą odnaleźć sprawcę, zanim dojdzie do kolejnej tragedii…





„Nieśmiertelni” - Vincent V. Severski 
Premiera październik 2014

Zakończenie bestsellerowej trylogii szpiegowskiej! Każdy tom sprzedał się w ponad 100 000 egzemplarzy!

W świecie wywiadu nigdy nic nie jest tym, na co wygląda. W każdej akcji trzeba zaplanować przypadek, a szpiegów nie ma tam, gdzie ich szukasz. Ekipa Konrada Wolskiego znów rusza do akcji daleko poza granice kraju. Dostają niezwykle trudne zadanie. Jadą do Teheranu, by zapobiec konfliktowi zbrojnemu na skalę światową. Niestety wszystko zaczyna się komplikować. Czy Konrad i Sara wygrają wyścig z czasem i uratują życie swoich ludzi? Tymczasem na politechnice w Sztokholmie zostają brutalnie zamordowane cztery osoby. Do gry wraca inspektor Gunnar Selander, który wraz z genialną hakerką Harriet Berghen i naczelnik wydziału ds. zwalczania terroryzmu Lindą Lund mają rozwiązać tę zagadkę. Śledztwo jest jednak zbyt trudne, by poradzili sobie z nim sami. Rozpoczynają arcytrudną rozgrywkę ze światem szpiegów i zdrajców. W Moskwie dochodzi do cichego zamachu stanu. Michaił Popowski, chcąc wspomóc spiskowców, wyjeżdża do Sztokholmu na ostatnią misję. Jagan wraz ze swoim oddziałem podąża za Aminą na Kaukaz.

„Nas troje, czyli rodzinne nastroje” - Maria Rotkiel 
Premiera październik 2014

Kolejny, po ciepło przyjętym Nas dwoje, czyli miłosna układanka, poradnik Marii Rotkiel!

O wartości naszego życia stanowią w dużej mierze relacje z innymi ludźmi, związki z bliskimi osobami, które są źródłem wielu radości, ale również trosk i trudnych emocji. Sztuka życia wśród innych to jedna z naszych największych umiejętności i jedno z najtrudniejszych wyzwań. Poradnik Nas troje – czyli rodzinne nastroje porusza najważniejsze kwestie związane z funkcjonowaniem w skomplikowanym, wymagającym wielu psychologicznych umiejętności systemie wzajemnych zależności – czyli w rodzinie. Dzięki jego lekturze dowiecie się m.in. jak budować bliskość opartą na zaufaniu i wzajemnym wsparciu, jak pielęgnować związek, jednocześnie dbając o relacje rodzinne, czyli więzi z rodzicami, rodzeństwem, dziećmi, a także jak odnaleźć się w gąszczu rodzinnych problemów i układów.

Przyznajcie się - które z nich już upolowaliście? Albo - na co czekacie? Jak znam co poniektórych to już planują zarwać niejedną noc nad nimi - albo już to robią :)

Recenzja: "Turkusowe szale" - Remigiusz Mróz

Tytuł: Turkusowe szale
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo:Bellona
Wydanie: 2014-08-14
ISBN: 978-83-1113-332-7
Objętość: 542
Cena: 34,90 zł

Moja ocena: 9/10 pkt.
Szufladka: Wspaniała!

Ostatnimi czasy postanowiłam, że zacznę próbować coraz to nowszych lektur, jeśli chodzi o ich gatunek. W końcu przyszedł czas, aby się trochę pod tym kątem rozwinąć, a nie upierać się przede wszystkim na fantastykę i powieści dla młodzieży. Jednym słowem nadeszła wielka chwila na poszerzanie literackich horyzontów. Dlatego też na pierwszy ogień wybrałam dość kontrowersyjną powieść, której autorem jest pan Remigiusz Mróz, który to jest autorem zarówno książek historycznych, politycznych, jak i s-fi. 

"Turkusowe szale" to kolejna jego powieść, która opowiada o losach polskiego lotnictwa na Zachodzie, opierając się na rzeczywistych wspomnieniach, dokumentach i przede wszystkim wydarzeniach związanych z 307 Dywizjonem Nocnym Myśliwskim „Lwowskich Puchaczy”. Dokładnej fabuły streszczać Wam nie będę, bo nie chcę Wam psuć zabawy z czytania, ale muszę przyznać, że jest naprawdę warta zachodu i poświęconego na nią czasu. 
Szczerze powiedziawszy to, gdy tylko ją zobaczyłam, nie byłam zupełnie od niej przekonana - głównie dlatego, że nienawidzę powieści historycznych. Nic więc dziwnego, że przymierzając się do niej byłam totalnie nastawiona na "nie", sądząc, że będę się z nią męczyć. Uwierzcie, jakie zdziwienie miałam, gdy pochłonęłam ją w kilka dni, nie nudząc się, ani nie narzekając na wszystko co popadnie. Co prawda, zdarzały się momenty, gdzie autor za bardzo się rozwijał, przez co akcja stawała w miejscu, ale gdy tylko doszło do prawdziwej akcji, walk, wszystko co mnie denerwowało, traciło na wartości. Jedyny minus, to chyba tylko to, że niekiedy nie mogłam się zorientować kto jest kim przez te wszystkie pseudonimy, ale poza tym? Poza tym uważam, że to naprawdę fantastyczna lektura dla kogoś, kto chce rozpocząć swoją przygodę z literaturą sensacyjną, tudzież historyczną. 

Książkę czyta się naprawdę szybko i sprawnie. Całość podzielona na kilka części, dzięki którym czas akcji i poszczególne wydarzenia nie mieszają się ze sobą i nie są jedną, wielką, zbitą fabularną papką. Nawet język, którym się autor posługuje jest prosty i logiczny, a nie specjalnie udziwniony. Co tu więcej mówić - zabierajcie się do lektury czym prędzej. Już nawet sama okładka powinna Was do tego zachęcić - o treści nie wspominając. 
Osobiście przeżyłam z "Turkusowymi szalami" wspaniałą przygodę, którą chętnie jeszcze kiedyś powtórzę, zwłaszcza, że w trakcie czytania ma się wrażenie, jakoby samemu brało się udział w tych wszystkich wydarzeniach,a  akcja po prostu toczy się własnym torem. Na koniec chciałam tylko dodać, że naprawdę nie warto się uprzedzać do jakiejś lektury, tylko dlatego, że należy do gatunku, który nam nie przypadł do gustu - kto wie, może tak, jak w tym przypadku okaże się ona małym fenomenem?

Książkę przeczytałam w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają.

Recenzja: "Trupia otucha" - Dan Simmons


Tytuł: Trupia otucha
Autor: Dan Simmons
Wydawnictwo: MAG
Wydanie: 2014-02-21
ISBN: 978-83-7480-419-6
Objętość: 1040
Cena: 69,00 zł

Moja ocena: 6/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa

Wampiry. Przemoc. Legendy. Zło. Psychologiczne umiejętności. Kampania rzezi i rozpasania. To i jeszcze więcej możemy znaleźć w najnowszej powieści Dana Simonsa pt. "Trupia otucha". Akcja rozgrywająca się na przełomie dziesięcioleci, stanowi "jedną z najdoskonalszych prób ożywienia wampirzej legendy, zgłębia naturę ludzkiej skłonności do przemocy i analizuje jej wpływ na naszą przyszłość."

Od początku wiedziałam, ze nie będzie to lektura lekka, choć mimo wszystko liczyłam, ze przyjemna. I nie mam tutaj na myśli tylko jej wagi i objętości, ale przede wszystkim treść, którą w sobie skrywa. Nie sądziłam jednak, że historia w niej ukazana okaże się tak przerażająca, a jednocześnie tak realistyczna i przede wszystkim ciekawa. Ale może po kolei.

Jeśli chodzi o stronę graficzną, to w odniesieniu do treści można by powiedzieć, że nawet pasuje. Mroczna, pełna tajemnic okładka już na tzw. "dzień dobry" nastraja czytelnika do skrywanej w sobie treści. Natomiast jeśli już o ową treść chodzi, to faktycznie, jak wspominałam wcześniej nie jest to "lekka lektura" na odprężenie, a wręcz przeciwnie. Fakt faktem, że poszczególne wydarzenia są bardzo przekonywujące i można by się nawet pokusić o stwierdzenie "nad wyraz realne" - głównie dzięki umieszczeniu w fabule rzeczywistych miejsc, które możemy odnaleźć na mapie świata. Z drugiej strony jest ona na tyle trudną lekturą, że nie każdy jest w stanie ją ukończyć. Osobiście miałam momenty, gdy rodziła się we mnie ochota rzucenia jej w kąt, ale mimo to chciałam dowiedzieć się, jaki jest jej finał.

Nie przypadki mi jednak do gustu bohaterowie, którzy się w niej znaleźli. Poniekąd ma to też związek z brutalnością całej lektury, ale mimo wszystko nie umiałam się z nimi w żaden sposób "zaprzyjaźnić" i zrozumieć ich postępowania.

Ogólnie rzecz biorąc "Trupia otucha" jest książką naprawdę ciekawą. Jeśli jest ktoś, kto lubi tajemnice, zagadki, pomieszaną z odrobiną fantastyki i niełatwą fabułą - jest to lektura idealnie dla niego. Czyta się ją powoli, ale skutecznie. Jedynym sporym minusem dla mnie jest niestety jej objętość - przeważnie lubię "szersze" książki, ale ta mnie przerosła - i to dosłownie. Uważam, że o wiele lepsza by była w wersji przedzielenia jej na pół, dzięki czemu łatwiej by było ją czytać - to raz, i się z nią przemieszczać - to dwa. W szczególności mam tutaj na myśli osoby, które tak jak ja uwielbiają czytać w miejskich środkach komunikacji. Kolejnym plusem takiego wydania byłaby niewątpliwie cena - bowiem, jak na jeden tom, niezależnie od jego wagi, jest to dość droga inwestycja na którą nie każdego stać, aby za jednym zamachem wydać prawie 70 zł na jedną książkę.

Oprócz tego żadnych większych zastrzeżeń do niej nie mam - książka trudna, ale ciekawa - dlatego też uważam, że znajdzie się wielu, którzy by mieli ochotę zgłębić jej ogromną i naprawdę nietypową treść.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Z cyklu: Stosik na wrzesień

Przyszedł wrzesień, czas do szkoły. Dla wielu z Was wakacje się skończyły - moje teoretycznie trwają jeszcze dwa tygodnie. Teoretycznie, bowiem czasu wolnego mam zdecydowanie za mało. I to nie tylko przez pracę - którą uwielbiam swoją drogą, ale całą resztę. Ale zanim o tym, to przyszedł czas na stosik - nie uważacie?

W tym miesiącu nowych lektur też jest niewiele, a wszystko dlatego, że obiecałam sobie do końca roku zminimalizować swój zakupoholizm. No ale do rzeczy. Książek może i mało, ale według mnie same perełki, a mianowicie:

Od góry:
1) "Coś do ukrycia" - Cora Carmack -> mój najnowszy zakup w Empiku (przedwczorajszy). W zasadzie, to i bym się na nią nie pokusiła, ale jak już ją zobaczyłam, to zdecydowałam się na małe zakupy - koniec końców wczoraj zaczęta, dzisiaj mam nadzieję, że będzie skończona :D

2) "Nigdy nie gasną" - Alexandra Bracken -> egzemplarz od Wydawnictwa Otwarte. Jeszcze nie przeczytana, ale liczę, że czas z nią spędzony nie pójdzie na marne :)

3) "Turkusowe szale" - Remigiusz Mróz -> książka otrzymana w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają. Jeszcze nie skończona, ale do końca przyszłego tygodnia się uwinę, więc możecie się spodziewać recenzji :)

4) "Requiem" - Lauren Oliver -> efekt wymiany na LC. Pokusiłam się na nią, głównie dlatego, że brakowało mi tej części do uzupełnienia serii, a póki co czeka na swoją kolej.

5) "Silver" - Asla Greenhorn -> jak wyżej  niestety też musi poczekać na swoją kolej

Na dodatek muszę się Wam pochwalić, że zaczęłam prenumerować całkiem niezłe czasopismo - a mianowicie "Women's Health". A wszystko przez to, że wreszcie się za siebie wzięłam i zaczęłam nieźle trenować - efekt? Prawie 8 kg mniej! <3

Wszystko dlatego, że mam niezłą motywację - i niestety co za tym idzie, mniej czasu na czytanie :( Ale mam zamiar wydłużyć sobie dobę - w końcu co to dla mnie! W końcu sporo zadań mnie czeka - trenowanie, pisanie pracy magisterskiej, ostatni rok studiów, praca, recenzje no i oczywiście jeszcze dochodzi do tego planowanie najważniejszej w życiu imprezy, do której coraz bliżej <3 Aj, będzie się działo w najbliższym czasie! No, dobrze już Wam nie truję, bo zapewne nawet Was to nie ciekawi - dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć Wam do uslyszenia, a póki co lecę czytać! :D

Recenzja: "Ten jedyny" - Emily Griffin


Tytuł: Ten jedyny
Autor: Emily Griffin
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie: 2014-06-30
ISBN: 978-83-7515-281-4
Objętość: 380
Cena: 34,90 zł

Moja ocena: 8/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia

Ostatnimi czasy z recenzjami było u mnie krucho. A wszystko przez ostatni do zaliczenia egzamin na studiach - i chyba najgorszy w całej mojej edukacyjnej ścieżce. Koniec końców mam wreszcie chwilę wytchnienia przez nowym rokiem akademickim i postanowiłam wziąć w obroty moją ukochaną stronę i zrecenzować, co nieco lektur, które ostatnimi czasy zaprzątały moją głowę. Na pierwszy rzut padło na powieść "Ten jedyny" autorstwa Emily Griffin. Z początku nie byłam do niej przekonana, jednak po namowach siostry, która wręcz szaleje za książkami pani Griffin, postanowiłam się przekonać, co one mają w sobie takiego.

"Ten jedyny" opowiada historię Shei, w której życiu wszystko jest pokręcone i dzieje się na opak. Zamiast chodzić z matką na proszone obiadki, woli oglądać mecze. Zamiast cieszyć się, że ma chłopaka, który jest obiektem powszechnych westchnień, zastanawia się, czy to na pewno ten jeden jedyny. A jeśli nie on, to, kto?

"A jeśli ten jedyny, którego pragniesz, nie jest tym, którego powinnaś kochać...
Czasem wymarzony książę z bajki okazuje się wielką pomyłką.
Czasem ktoś, kto miał kochać, głęboko rani.
Czasem miłość rodzi się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa."

Muszę przyznać, że spodziewałam się po tej powieści z goła czegoś innego. Na szczęście zamiast czczych opowiastek rodem z tanich romansideł, dostałam wspaniałą historię, pełną uczuć i przesłań. Co prawda, czytelnik nie może liczyć na zbyt wiele akcji, bowiem więcej w tej książce gry na emocjach, aniżeli samych emocji wyzwalanych przez zaskakujące zdarzenia. Jednakże książka strasznie przypadła mi do gustu - zwłaszcza, że potrafi nieźle wciągnąć czytelnika w wir tych wszystkich "gdybań", jakie mają miejsce - a co najważniejsze - łatwo można sobie to wszystko odwzorować w realnym świecie, przez co książka ta wydaje się bardzo dzisiejsza i realna.

Wszystko ładnie, pięknie, prawie, że nie ma się, do czego przyczepić. Okładka ciekawa - z tego, co zdążyłam zauważyć już wcześniej, dobrze komponuje się z poprzednimi tomami. Jeśli chodzi o styl i język autorki, z jednej strony jest prosty i logiczny, z drugiej jednak znalazłam w nim mały mankament - autorka za bardzo skupia się na jednej rzeczy -  niekiedy kosztem drugiej. Chociażby patrząc na zakończenie. Zdradzać go oczywiście nie będę, ale ci, co są już po lekturze pewnie zrozumieją, o co mi chodzi. Nie mniej jednak książka ta na tyle mnie zaintrygowała, iż postanowiłam w najbliższym czasie spróbować swojego szczęścia z pozostałymi tomami.

Książkę pani Griffin czyta się szybko - powiedziałabym bardzo szybko. Jest idealna w podróży - w sam raz do pociągu, czy autobusu. Bohaterowie nie są jacyś szczególni, ale mimo to ciekawi i warci poznania. Nie wiem niestety, jak ta powieść się odnosi do poprzednich części, gdyż, jak wcześniej wspominałam, nie miałam jeszcze okazji się z nimi zapoznać, ale liczę, że mimo wszystko jakąś mała nić powiązania pomiędzy nimi jest.

Koniec końców nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić wszystkich fanatyków powieści z gatunku literatury kobiecej - pozostałych również tez - do lektury, która potrafi naprawdę w ciekawy sposób zająć chwilę wolnego czasu.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

Recenzja: "Z poczwarek w motyle" - Patrycja Żurek


Tytuł: Z poczwarek w motyle
Autor: Patrycja Żurek
Wydawnictwo: E-bookowo
Wydanie: 2013
ISBN: 978-83-7859-221-1
Objętość: 255
Cena: 32,00 zł

Moja ocena: 6/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa

Dzisiaj pod lupę wzięłam kolejną pozycję, która od jakiegoś czasu okupuje mój ukochany czytnik. Mam oczywiście na myśli powieść pani Patrycji Żurek, pt. "Z poczwarek w motyle". Czemu akurat ta? Głównie ze względu na ciekawą zapowiedź. O samej autorce wiem niewiele, bowiem wcześniej nie słyszałam o niej praktycznie nic - a szkoda. Nie mniej po ujrzeniu miłej dla oka okładki i przeczytaniu bardzo zachęcającego opisu postanowiłam przyjrzeć się jej bliżej.

"Z poczwarek w motyle" jest według mnie powieścią głównie obyczajową. Opowiada o losach dwóch kobiet, niegdyś przyjaciółek, które straciwszy ze sobą kontakt, po latach znów go odnawiają. Co ciekawsze, do spotkania dochodzi w momencie, gdy w życiu każdej dochodzi do wielkich, niekoniecznie pozytywnych zmian i wyborów.

Szczerze powiedziawszy trudno jest mi się odnieść w sposób jak najbardziej obiektywny do tej lektury, bowiem po przeczytaniu jej mam sporo wewnętrznych dylematów i opinii, które przeczą same sobie. Dlatego też spróbuję je Wam przybliżyć w miarę po kolei.

Gdybym miała zacząć od początku, to muszę przyznać, że od strony graficznej książka podoba mi się bardzo. Okładka (którą niestety miałam okazję obejrzeć tylko i wyłącznie ze sklepowej półki) nie jest ani słodka, ani przesadzona, ani też zbyt wymyślna. Prosta, tematyczna i idealnie dobrana pod tytuł powieści. Nijak nie uważam, że czegoś mi w niej brakuje, wręcz przeciwnie - gdyby graficy dodali tutaj coś jeszcze, to byłaby już przesada.

Na drugim planie (chociaż w tym wypadku powinna znaleźć się na pierwszym) jest sama treść, która ma tyle samo wad, co zalet. W przypadku fabuły jest tutaj zdecydowanie więcej pozytywów, ze względu nie tylko na sam pomysł na powieść, ale i wszystkie co ciekawsze wątki. Poza tym najbardziej podoba mi się w niej to, że nie jest to historia nad wyraz wymyślna,dzięki czemu daje czytelnikowi wierzyć, że jest realna. W końcu nie jest to jakaś książka o nadprzyrodzonych mocach i postaciach, a zwyczajnie o życiu. życiu, które niekoniecznie musi być usłane różami. Książka ta pokazuje całą sobą ile można stracić, ale i też ile można zyskać dzięki własnym wyborom zarówno tym, które trzeba podjąć, jak i tymi, które podjęte zostały w przeszłości.

"Z poczwarek w motyle" to naprawdę ciekawa lektura, w sam raz po do poczytania po ciężkim dniu w pracy, lub po prostu, gdy ma się ochotę na chwilę wytchnienia. Niestety jest to powieść głównie skierowana do kobiecego grona czytelników, co bądź, co bądź jest małym minusem. Większym niestety są już sami bohaterowie, którzy według mnie są nie do końca dopracowani - zwłaszcza Zuzanna, która swoim niezdecydowanym charakterem niekiedy potrafiła doprowadzić mnie do białej gorączki. Uważam, że autorka powinna bardziej się skupić na samych bohaterkach, a nie na całej reszcie, ponieważ, gdy bohaterowi czegoś brakuje, to i powieść na tym cierpi - a tak właśnie jest w tym wypadku.

Oprócz tego powieść ta ma jeszcze jeden dość spory minus - a mianowicie szalenie długie dialogi w porównaniu do opisów. Co prawda nie lubię aż nazbyt obszernych opisów miejsc, sytuacji, itp. - ale nie można wpadać z jednej skrajności w drugą. Jak dla mnie autorka zdecydowanie powinna bardziej się skupić na samych odczuciach i uczuciach, jakie żywią w stosunku do siebie, innych bohaterowie, a nie wyrażanie tego poprzez długie dialogi.

Tak poza tym to tej książce nie mam nic więcej do zarzucenia. Czyta się ją szybko i przyjemnie, niemalże jednym tchem. Gdyby nie tych kilka minusów, byłaby według mnie naprawdę fantastyczną lekturą z kilkoma trafnymi przesłaniami, jakie ze sobą niesie. Tak czy siak uważam, że jest ona na tyle ciekawa, że powinna zadowolić spore grono osób lubujących się w podobnych gatunkowo powieściach. Być może sama jeszcze kiedyś do niej wrócę - kto wie - być może następnym razem mnie o wiele bardziej do siebie przekona?

Lekturę miałam okazję przeczytać dzięki możliwości wzięcia udziału w akcji:

Z cyklu: Stosik na sierpień

Sierpień się kończy, a ja Was jeszcze nie uraczyłam comiesięcznym stosikiem. Zgroza! ale mam na to wytłumaczenie, bowiem albo szalałam na wakacjach pomiędzy Pobierowem, a Karpaczem, albo miałam niemałe maratony w pracy, po których byłam - i dalej jestem - totalnie wykończona. Na szczęście miesiąc się kończy, a pracy coraz mniej, więc znowu wracam do blogowania. Na dzień dobry witam Was stosikiem - a raczej stosiskiem, a na wieczór mam dla Was gotową jedną - no dobrze, dwie - recenzje.

Ale wracając do stosu - jako, że sami widzicie, że do małych nie należy - trochę się uzbierało przez ostatnie tygodnie - dlatego postanowiłam go podzielić na dwie części. A poniżej pierwsza z nich. Od góry:

1) "Pierwszy dotyk ognia" - Jeaniene Frost -> długo wypatrywany egzemplarz, wreszcie zakupiony wczoraj w Empiku, dzięki zniżce 10zł na zakupy. Idealna lektura na dziś, zwłaszcza, że to jedna z moich ulubionych i wychwalanych autorek - zobaczymy, czy jej nowa seria również powali mnie na kolana.

2) "Lawendowy pokój" - Nina George -> egzemplarz wynaleziony kilka dni temu w bibliotece. Póki co czeka na swoja kolej.

3) "Coś do stracenia" - Cora Carmack -> książeczka zakupiona podczas postoju w Jeleniej Górze, gdy wracałam z wakacji w Karpaczu. Już przeczytana. Szczerze powiedziawszy, to ciekawa, ale i tak się trochę zawiodłam, bowiem spodziewałam się czegoś bardziej "wybuchowego".

4) "Hopeless" - Colleen Hoover -> egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Otwartego - prawie przeczytany, więc recenzja na dniach.

5) "Dom wzajemnych rozkoszy" - Hanna Samson -> jedna z nowych przesyłek, tym razem od Wydawnictwa Czarna Owca. Póki co, czeka na swoja kolej, ale zapowiada się smakowicie.

6) "Między teraz, a wiecznością" - Marie Lucas -> efekt wymiany na LC

7) "Nieskończoność" - H.R.Rahlens -> również wymiana na LC

8) "Gwiazd naszych wina" - John Greeen -> kolejna wymiana na LC. Egzemplarz już skończony i muszę przyznać, że jestem zachwycona!

9) "Pielęgniarstwo kardiologiczne" - autorzy zbiorowy -> efekt zakupów na jednej z księgarni medycznych

I kolejna część od góry prezentuje się następująco:

10) "Nieznajomy" - Megan Hart -> jeszcze jeden egzemplarz od Wydawnictwa Czarna Owca, za którym już teraz szaleję, pomimo, iż lektura wciąż przede mną!

11) "Przebudzenie Arkadii" - Kai Meyer -> prezent od mojego kochanego szaleńca, w trakcie robienia zakupów w galerii, od tak bez okazji :) Na szczęście już obiecał, że wybuduje mi własną prywatną bibliotekę, więc nie martwię się, że zostanę w końcu zarzucona tabunami książek w domu, bo w końcu takich obietnic to ja wyczekuję z utęsknieniem!

12) "Arkadia płonie" - Kai Meyer -> również od mojego wariata, który stwierdził, że takie prezenty powinny iść w parze

13) "PLL. Tajemnice Ali" - Sara Shepard -> tak się właśnie skończyły wczorajsze zakupy w Empiku. Zamiast jednej książki wyszłam z czterema. A powyższa zdobyta w ramach promocji 3za2

14) "PLL. Sekrety" - Sara Shepard -> j.w.

15) "PLL. Bez skazy" - Sara Shepard -> j.w. - a wszystko dlatego, że od dłuższego czasu brakowało mi drugiej części, żeby móc dobrać się za kolejne, które od dawien dawna czekają na swoją kolej :)

16) "Zdrada" - Paulo Coelho -> kolejna pozycja wypożyczona z biblioteki i już pochłonięta.

17) "Żyjmy wiecznie" - Adrian Saddler -> i na koniec moja perełka, która nad ranem do mnie dotarła. Egzemplarz otrzymałam od samego autora, za który jeszcze raz bardzo dziękuję!

No i jak? Podoba się coś? Macie na coś chrapkę? A może któreś z tych pozycji już macie za sobą? Chętnie posłucham waszych wrażeń z lektury :)

Recenzja: "Alicja i lustro zombie" - Gena Showalter


Tytuł: Alicja i lustro zombie
Autor: Gena Showalter
Wydawnictwo: Mira Harlequin
Wydanie: 2014-05-21
ISBN: 978-83-2389-549-7
Objętość: 444
Cena: 34,99 zł

Moja ocena: 6/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa.

Zombie. Martwe stwory żywiące się ludzkimi ciałami? Nie. Te polują na dusze. Skradają się nocą, kiedy to wychodzą na łowy. Wiecznie głodni, wiecznie nienasyceni. Alicja, nasza główna bohaterka próbuje dojść do siebie po tragicznych wydarzeniach z poprzedniej części. Na domiar złego, gdy zostaje ugryziona przez jednego z nich, zaczyna się z nią dziać coś bardzo niedobrego, mimo podanego leku. Dziwne głosy, ożywające lustra, to tylko niektóre z rosnących problemów. Dziewczyna nie dość, że musi walczyć z zombie, to na dodatek musi też pokonać swoje wewnętrzne rozterki - nie tylko miłosne. Wszystko to daje szaleńczą mieszankę, która tworzy ponad czterysta-stronnicową historię o kolejnych przygodach Alicji.

Przyznaję, że długo nie byłam przekonana do serii "Kronik Białego Królika". Wiele razy przeglądałam pierwszy tom w księgarniach, lecz gdy tylko próbowałam go zakupić, coś mi mówiło, że ta gra jest zwyczajnie nie warta świeczki i tylko się na tej książce zawiodę. Głównie dlatego, że na pierwszy rzut oka było widać, że powieść jest stworzona na podstawie słynnej historii "Alicji w Krainie Czarów". Koniec końców, postanowiłam przekonać się, co tak wszyscy zachwalają i zabrałam się za lekturę.

Po dość nieciekawym wstępie czekała na mnie niesamowita historia pewnej dziewczyny, która nie dość, że traci rodzinę, to na dodatek musi walczyć z szalonymi zombiakami. Tak po prawdzie, jak się o tym mówi tak po prostu, to ma się wrażenie, że fabuła jest błaha, a nawet można by się pokusić o stwierdzenie komiczna - jednak wcale tak nie jest. Za nietypową historią skrywa się naprawdę wiele przesłań, które powinien poznać niejeden człowiek - w tym wypadku nastolatek - bowiem historia skierowana jest głównie do takiego grona odbiorców.  To samo się tyczy zarówno pierwszej, jak i drugiej części, które są do siebie idealnie dopasowane, jako kontynuacje.

Tak jak fabuła może wydawać się dość nietypowa, tak trzeba stwierdzić, że styl i język jakim się posługuje autorka już takie nie są. Według mnie cała ta historia jest napisana językiem prostym, niekiedy błahym, bez zbędnych problematycznych treści - idealnie przystosowana do nastolatków, którzy to nienawidzą "ciężkich" lektur.

Jeśli chodzi o bohaterów, to muszę przyznać, że niespecjalnie upodobałam sobie swojego ulubieńca. Co prawda, są oni wykreowani na postacie w miarę możliwości bardzo naturalne i realne, jednak żaden charakter nie podbił mojego serca.

Całość wieńczy okładka, która nie dość, ze z jednej strony przypomina mi tę z "Alicji w Krainie Czarów", z drugiej ma w sobie odrobinę mroku i tego "zomiakowatego" stylu, który nadaje całości jeszcze lepszy efekt.

Czy polecam? Owszem. Jest to naprawdę ciekawa pozycja, zarówno tom pierwszy, jak i jego kontynuacja, które zresztą czytane jednym tchem dają wrażenie, jakoby były jedną zgraną powieścią, a nie jak w niektórych przypadkach kilkoma różnymi. Osobiście chętnie zapoznam się z kolejnym tomem, o ile oczywiście ukaże się w miarę szybko, gdyż zwyczajnie zżera mnie ciekawość, co będzie dalej...

Recenzja: "Dar Julii" - Tahereh Mafi


Tytuł: Dar Julii
Autor: Tahereh Mafi
Wydawnictwo: Moondrive
Wydanie: 2014-05-21
ISBN: 978-83-7515-305-7
Objętość: 384
Cena: 34,90 zł

Moja ocena: 10/10 pkt.
Szufladka: Fenomenalna!

Serię o przygodach Julii Ferrars, zna chyba każdy. Nic więc dziwnego, że trzeci tom był wyczekiwany z taką zawziętością. Nic więc też dziwnego, że i ja go szalenie wyczekiwałam, a gdy tylko miałam sposobność, od razu zaczęłam czytać. 

Punkt Omega został zniszczony. Większość ludzi zginęło. Pozostali pozostają w ukryciu. Kenji, Adam, James i cała reszta "nadprzyrodzonych" - od tej pory ich domem jest stare mieszkanie Adama, gdzie walczą z przeciwnościami losu o kolejny dzień życia. Wszyscy za wyjątkiem Sary i Sonyi, które porwane i przetrzymywane przez Andersona w jednej z jego kryjówek i samą Julią, która znalazła się nie gdzie indziej, jak w rękach Warnera. I to dość dosłownie. Dziewczyna zmaga się z zupełnie nową sytuacją i uczuciami, jakimi darzy obu braci. W dodatku wie, że tylko ona może zatrzymać Komitet Odnowy i zniszczyć Andersona. Ale aby tego dokonać, potrzebuje pomocy kogoś, komu nigdy nie potrafiła zaufać – Warnera. Podczas współpracy z nim przekona się, że nie wszystko, co wie o nim i o Adamie, jest prawdą. Od tej pory zaczyna się prawdziwa walka nie tylko o życie, ale i przyjaźń, miłość i przede wszystkim prawdę...

"Jesteśmy jak otwarcie i zamknięcie cudzysłowu, jak cudze słowa dożywotnio na siebie skazane. Więźniowie życia, którego żadne z nas nie wybrało."

Gdybym miała porównać "Dar Julii" do poprzednich dwóch części, to jedyne co mogę powiedzieć, to, to, że zdecydowanie upodobałam sobie ten tom, aniżeli pozostałe. W porównaniu do niego wychodzą one po prostu blado. A na to wszystko składa się kilka dość istotnych i kluczowych czynników.

"Najwięcej dowiadujemy się o ludziach właśnie wtedy, kiedy czasy są ciężkie."

Po pierwsze - fabuła. Nareszcie się coś dzieje. Nie, żeby poprzednie tomy były nudne, jak flaki z olejem, ale tutaj akcja goni akcję i nie sposób się nudzić. Jeden wątek nakręca drugi, przez co czyta się naprawdę szybko, i nie dość, że treść potrafi nieźle pochłonąć, to ma się wrażenie, że wszystkie te wydarzenia są nad wyraz realistyczne i dzieją się naprawdę. 

"I niestraszny mi strach, nie pozwolę mu już sobą rządzić. To strach powinien się mnie bać."

Po drugie - bohaterowie. Tutaj autorka już naprawdę zaszalała, za co należą się jej głębokie ukłony. Julia wreszcie nie jest marudną i ubolewająca nad sobą nastolatką, która tylko by rozwodziła się nad tym, jaki to świat jest okropny i jaka ona zła. Jej charakter uległ całkowitej przemianie, przez co aż chce się czytać o tej nowej Julii - silnej i upartej dziewczynie, która wie, czego od życia chce. Adam - no cóż, tutaj przemilczę, bo w tej części wyjątkowo mnie irytował - nie dość, że dalej uchodzi za delikatnego, a zarazem wielce oburzonego chłopca, któremu odebrano zabawki. Za to Kenji i Warner podbili sobie moje serce w 100% i bezapelacyjnie. Kenji, ponieważ, jak nikt potrafił mnie doprowadzić do śmiechu, a jego charakter jest wręcz nie do podrobienia. Już dawno nie szczerzyłam się do książki, a w tym przypadku wręcz śmiałam się w głos. Za to Warner - cóż - tak samo, jak w przypadku Julii pokazał swoje drugie oblicze - z początku nie mogłam się do niego przekonać, lecz koniec końców przyzwyczaiłam się do tego nowego Warnera i co lepsze - polubiłam go.

Po trzecie - fenomenalne cytaty i uczucia, które autorka w wspaniały i oryginalny sposób przelała na strony książki. Nie jest to głupia lekturka z akcją i szczęśliwym, bądź nie zakończeniem - ta książka żyje własnym życiem i niesie ze sobą mnóstwo przesłań. osobiście dzięki niej się sporo nauczyłam i na wiele rzeczy spoglądam teraz od zupełnie innej strony. Jedno jest pewne - potrafi ona nieźle namącić w głowie - pozytywnie oczywiście!

"-Wiesz, że przyjdzie tu po nas cały świat?- szepcze wprost do mojego ucha. 
Odsuwam się. Patrzę mu w oczy.
-Niech tylko spróbuje. Nie mogę się doczekać."

Dlatego tez uważam, iż "Dar Julii" to fenomen w czystej odsłonie. Nie wierzyłam, że ta część może być lepsza od poprzednich, ale faktycznie taka jest. To obowiązkowa lektura dla każdego - pełna zwrotów akcji, radości, humoru, ale i smutku oraz powagi sytuacji i niebezpieczeństw. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że to historia o miłości, przyjaźni, prawdzie i niemałej odwadze. Każdy tutaj znajdzie coś dla siebie. Uwierzcie mi, a nie pożałujecie. Ja wiem jedno - jeszcze nie raz do niej wrócę, chociażby po to, żeby wrócić do tych wspaniałych cytatów - których jest cała masa. Wystarczy spojrzeć na mój egzemplarz - cały oklejony różnorakimi zakładkami.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Otwarte i Moondrive

Recenzja: Fiszki. Język angielski - red. Martyna Kubka


Tytuł: Fiszki.
Redakcja: Martyna Kubka
Wydawnictwo: Cztery Głowy
Wydanie: 2014-03-01
ISBN: 978-83-7843-178-7
Poziom: średnio zaawansowany / zaawansowany
Cena: 9,99 zł

Moja ocena: 9/10 pkt.
Szufladka: Wspaniałe!

Dzisiaj recenzja dość nietypowa. Głównie dlatego, że nie jest to recenzja książki, a w tym wypadku fiszek do nauki języka angielskiego. "Najczęstsze błędy", "Amerykański kontra brytyjski", "Wyrazy zdradliwe" oraz "Konstrukcje egzaminacyjne" to jedne z dziewięciu fiszek, które wchodzą w skład serii "100 naj...". Każdy komplet zawiera 100 kart do nauki języka wraz z kompletem nagrań, prezentując tym samym zagadnienia gramatyczne bądź leksykalne na różnych poziomach trudności. W tym przypadku dwa pierwsze wymienione zestawy są to fiszki na poziomie średnio zaawansowanym, natomiast pozostałe dwa na zaawansowanym.

Muszę przyznać, że z początku podchodziłam do tego typu nauki z bardzo dużym dystansem, a nawet niekiedy niechęcią. Głównie dlatego, iż wychodziłam z założenia, że co podręcznik, to podręcznik i tylko dzięki niemu mogę się poprawnie i w wystarczającym stopniu nauczyć tego, co powinnam. Nic bardziej mylnego. Odkąd rozpoczęłam swoja przygodę z fiszkami, zrozumiałam, że to właśnie dzięki nim nauka przychodzi z większą łatwością i przede wszystkim jest o wiele szybciej przyswajalna. Fiszki podzielone na działy to wspaniały pomysł, który tylko to wszystko w jeszcze większy sposób ułatwia. 
Tak po prawdzie to przekonała mnie do nich moja nauczycielka od angielskiego, która kazała nam nawet samemu próbować takie fiszki stworzyć i się z nich przygotowywać do różnorakich sprawdzianów. Dlatego też tak, jak nauki języków nienawidziłam, tak od tej pory sama próbuję "dokształcać" się w domu.

Plusem tego typu fiszek jest przede wszystkim przejrzystość. Na pozornie małych i niepozornie wyglądających kartonikach znajduje się wszystko czego nam potrzeba - hasło, numer nagrania, przykład zdania, w jakim możemy je użyć, kategorię fiszek i tym podobne. Dodatkowo w zestawie znajdują się jeszcze dwa kartoniki, dzięki którym możemy łatwo odznaczyć część słów, które już umiemy od tych, których się dopiero uczymy. Dodatkowym plusem jest ich rozmiar. Można je zabrać ze sobą praktycznie wszędzie. Mieszczą się nawet w małej torebeczce. Można je czytać w domu, parku, tramwaju, autobusie, a nawet na nudnym wykładzie (to ostatnie w przeciągu ubiegłego semestru wykorzystywałam wręcz nagminnie). Dzięki fiszkom nauka jest o wiele przyjemniejsza i ciekawsza. Niestety nie ma na świecie ideałów, toteż i one musza mieć jakieś wady. 

Właściwie to fiszki wadę mają tylko jedną. Jeśli chodzi tylko takie poważne wady. Chodzi mi o to, że nie da się z nich uczyć nie znając żadnych podstaw językowych. Zwłaszcza, z tych, które przedstawiam, ponieważ ich poziom nie należy do najłatwiejszych. Osobiście z początku musiałam się wspierać dodatkowo swoim podręcznikiem, ale za to w późniejszym czasie mogłam się go pozbyć, ucząc tylko i wyłącznie z magicznych kartoników. Poza tym chyba nie mam do nich żadnych cięższych zastrzeżeń. No może tylko tyle, że fiszki przy wielokrotnym używaniu łatwo się niszczą - pozaginane rogi to chyba moja największa męka. Szkoda tylko, że nie są one w żaden sposób ofoliowane, ale za tak niską cenę, nie można aż tyle wymagać.

Podsumowując - fiszki do nauki języka angielskiego to fantastyczny pomysł. Dzięki nim nauka przychodzi szybciej, a przede wszystkim łatwiej. Można je zabierać ze sobą praktycznie wszędzie. Małe, tanie i super praktyczne. Nic dodać, nic ująć. Po prostu warto. Z mojej strony mogę tylko dodać, że osobiście nie mam zamiaru się z nimi rozstawać - wręcz przeciwnie - mam zamiar skompletować pozostałe części z serii i nie tylko.
Miasto Recenzji © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka