Recenzja: "Krąg" Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren


Tytuł: Krąg
Autor: Mats Strandberg, Sara B.Elfgren
Wydawnictwo: Czarna Owca
Wydanie: 2012-10-17
ISBN: 978-83-755-4397-1
Objętość: 576
Cena: 36,90 zł

Moja ocena: 5/10 pkt.
Szufladka: Ciekawa.

„Straszne rzeczy tak naprawdę nie są takie jak na filmie. Nie są fascynujące. Tylko przerażające i brudne. Przede wszystkim nie można ich wyłączyć.”

Czy ja już wspominałam, jak uwielbiam zabierać się za czytanie - no dobrze – „pochłanianie” wielkich tomiszczy? Wiele osób uważa to za stratę czasu, myśląc, że im więcej stron, tym bardziej cala akcja się rozwleka. Nic bardziej mylnego. Wystarczy spojrzeć na piąty tom słynnego „Harry’ego Pottera” i sukces, jaki odniósł, sprzedając się w milionach egzemplarzy. Idąc tym tropem, postanowiłam udać się na poszukiwania kolejnych takich perełek. Nic, więc dziwnego, że koniec końców natrafiłam na pierwszy tom trylogii autorstwa Matsy Strandberga oraz Sary B.Elfgren, pt. „Krąg”.

Powieść opowiada o losach sześciu całkowicie odmiennych względem siebie nastolatek, rozpoczynających naukę w liceum w Engelfors. Nie byłoby w tym nic dziwnego (zwłaszcza dodając fakt, że z początku się nawet nie znają), gdyby nie fakt, iż pewnej nocy spotykają się w parku wraz z pojawieniem się na niebie czerwonego księżyca. Od tej pory rozwój dalszych wydarzeń jest coraz to bardziej zaskakujący, dla każdej z nich. Szkolna tragedia, tajemnicze wydarzenia, to nie wszystko. Dochodzą do tego jeszcze budzące się do życia tajemnicze moce, o których do tej pory nawet nie miały pojęcia. W dodatku grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo – i jeśli chcą przeżyć, muszą utworzyć magiczny krąg. A zegar tyka…

Przyznaję, że gdy zabierałam się za powyższą pozycję, miałam mieszane odczucia. Dlaczego? Głównie za sprawą okładki i opisu na niej zamieszczonego. Nie mówię, że są złe, co to, to nie. Mimo wszystko uważam, że do siebie nie pasują. Okładka mroczna, krwista, jak z jakiegoś horroru, a w opisie nagle pojawia się magia i paranormal. Pomijając już fakt, że gdy z tyłu zobaczyłam napis „paranormali” oraz „miłość” to pierwsze, co pomyślałam – „Tylko nie kolejny taki sam paranormal romance, jakich pełno na sklepowych półkach!”. Rozluźniłam się jednak, w momencie, gdy byłam już gdzieś mniej więcej w połowie, upewniając się, że moje przypuszczenia tym razem okazały się błędne.

Książka jest ciekawa, to prawda – jednak „hitem” bym już jej nie nazwała – zwłaszcza, gdyby przyrównać finał do całej reszty. Z bólem muszę to powiedzieć, ale strasznie się zawiodłam pod koniec – przede wszystkim cały czas wierzyłam, że nie niektóre rzeczy nie będą aż tak oczywiste (nie będę przytaczać, które mam dokładnie na myśli, gdyż nie chcę specjalnie spolerować).

Pomijając zakończenie, całość napisana jest w sposób logiczny, ciekawy i prosty. Nie ma tutaj zbyt wielkiego gmatwania w poszczególnych wydarzeniach, a i bohaterowie nie są ani, mdli i przesłodzeni, ani wręcz przeciwnie. Już od początku myślałam, że nie przypadnie mi mieszanie ze sobą kilku tak odmiennych gatunków, gdyż nie zawsze jest to zwieńczone sukcesem, toteż po przeczytaniu całości w tej kwestii nabrałam jeszcze większej pewności. Tak, jak uwielbiam paranormale, tak w tym wypadku wątek fantastyczny pomieszany w thrillerem zupełnie mi nie pasuje, a szkoda, bo naprawdę liczyłam na wiele, wiele więcej. Mogę tylko liczyć, że w kolejnych tomach wypadnie to o wiele lepiej.

Jak już wspominałam zarówno język, jak i styl jest stosunkowo prosty, acz muszę powiedzieć, że nie banalny. Nie czyta się źle, jednak chwilami miałam momenty, gdy książka lądowała w kącie czekając na „lepsze jutro”. Osobiście nie pochwalam zbytnio autorów zbiorowych – zwłaszcza w przypadku powieści i tak niestety było również w tym przypadku. Ciężko jest mi się później odnieść tez do wkładu, jaki włożył poszczególny z autorów w ową powieść. Poza tym nie zawsze muszą się oni ze sobą zgadzać, co do wydarzeń, toteż zawsze ciekawiło mnie to, „co by było, gdyby…”.

Ogólnie rzecz biorąc książka jest dobra. Spore pochwały należą się autorom za wartką i ciekawą akcję. Z chęcią przekonam się też jakie są dalsze losy bohaterek – zwłaszcza, że liczę na kolejną wspaniałą przygodę z masą tajemnic i grą na emocjach, której bądź, co bądź tutaj nie brakowało.


Za książkę dziękuję Portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Czarna Owca!

Recenzja: "Przez burze ognia" Veronica Rossi


Tytuł: Przez burze ognia
Autor: Veronica Rossi
Wydawnictwo: Moondrive
Wydanie: 2013-08-28
ISBN: 978-83-7515-254-8
Objętość: 362
Cena: 34,90 zł

Moja ocena: 8/10 pkt.
Szufladka: Godna polecenia.

„Podzielił ich świat, połączyło przeznaczenie…”

Od dłuższego czasu na stronach różnorakich portali można znaleźć zapowiedź jednej z powieści autorstwa Veronici Rossi, pt. „Przez bezmiar nocy”. Osobiście bardzo byłam ciekawa tejże pozycji, toteż spróbowałam najpierw zapoznać się z pierwszym, a zarazem debiutanckim tomem noszącym dość tajemniczy tytuł „Przez burze ognia”.

Książka opowiada o losach dwóch z początku nieznanych sobie osób, których losy w bliżej niewyjaśniony sposób splotły się w jedną, wielką przygodę. Aria – żyje w Reverie – świecie pełnym maszyn i technologii, całkowicie oddzielonym od jego „dzikiej” części szczelną kopułą. Pewnego dnia zostaje jednak z niego niesłusznie wygnana. Dziewczyna wie, że poza Reverie czeka ją nic innego, jak śmierć. Ku własnemu szczęściu spotyka Perry’ego – mężczyznę, który jako Wykluczony musi walczyć o przetrwanie. Oboje mogą sobie wzajemnie pomóc – Aria unikając śmierci dzięki niemu, a Perry – odkupując swoje winy, dzięki pomocy dziewczyny. Dlatego też wyruszają w podróż pełną zagadek, niebezpieczeństw i walki o lepsze jutro…

„Milion sposobów, by zginąć. Jeden, by przeżyć.”

Przyznaję, że gdy tylko ujrzałam książkę na różnorakich witrynach internetowych i sklepowych półkach, moje serce aż krzyczało „Muszę ją mieć!”. Zaintrygował mnie zarówno opis, jak i okładka. Osobiście nie przepadam zbytnio za powieściami rodem z science fiction, ani za takimi, które mają, co nieco owego gatunku wplecione w swoja fabułę. Mimo wszystko postanowiłam spróbować zapoznać się z „Przez burze ognia” i zobaczyć, co tam w trawie piszczy…

Skoro już o okładce wspomniałam, to może zacznę od niej. Bez ogródek i długich elaboratów, musze przyznać, że jest naprawdę ciekawa. Jedyne, co mi nie pasowało (przynajmniej z początku) to postać (podejrzewałam, że Arii) w jej centralnej części, oraz fakt, że struktura okładki jest na wpół matowa, na wpół nie. Chcąc, nie chcąc traciło to trochę w moich oczach na estetyczności, jednakże samo ułożenie gamy kolorów wręcz przeciwnie.

Zaczynając swoją przygodę z powieścią pani Rossi, byłam przekonana, że mimo jej debiutu, będzie to naprawdę fantastyczna i wciągająca od pierwszej strony historia. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy tak trudno było mi się wczytywać w pierwsze rozdziały. Pomyślałam sobie: „Może to tak, jak w przypadku „Harry’ego Pottera”? I miałam rację! Pomimo trudnego (przynajmniej dla mnie) początku, z każdą kolejną strona historia Arii i Perry’ego wciągała mnie coraz to bardziej i bardziej. Nim się obejrzałam, przeczytałam całość niemalże jednym tchem i wiecie, co? Chciałam więcej! I więcej, i więcej! Nie mogłam się doczekać, gdy tylko nadejdzie premiera kontynuacji.

Muszę przyznać, że sama fabuła wydaje się naprawdę oryginalna i świeża. Nie ma tutaj nudnego, oklepanego paranormalu z wiecznie tymi samymi problemami i wątkami. Co to, to nie. Powiew świeżości i oryginalności – dwa słowa, które idealne oddają całość powieści. Teraz to nawet się nie dziwię, że książka w tak krótkim czasie znalazła te wszystkie rzesze fanów, bo i sama chętnie do nich dołączę.

Również, co do stylu i języka autorki nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Pani Rossi pisze ciekawie i prawie, że nie widać, iż jest to jej pisarski debiut. Jedyne, co, to jak już wcześniej wspomniałam znużył mnie trochę sam początek – jednakże w ogólnym rozeznaniu owy „minus” rozmywa się nad pochwałami, co do reszty, zwłaszcza, że im głębiej w treść, tym jest ona lepsza, a co za tym idzie bardziej szczegółowa i przemyślana..

To samo tyczy się bohaterów. Aria - może i przeciętna bohaterka tego typu powieści – według mnie nie wnosi zbyt wiele do fabuły- przynajmniej z początku, bowiem im dłużej „przebywała” z Perry’m tym jej zachowanie było bardziej znośne, a ona sama nabierała barwności. Co do chłopaka to bądź, co bądź jak dla mnie jest on bez zarzutu – nie wiem, dlaczego, ale nie umiałam się do niego pod żadnym względem uczepić, a co najlepsze stał się jednym z moich ulubionych postaci z książek, które do tej pory miałam okazję przeczytać.

Gdybym miała podsumować całość, to muszę przyznać, że książka w ogólnym rozeznaniu wypadła bardzo dobrze. Minusy zostały prawie, że zredukowane, przez liczne plusy powieści, co się chwali. Sądzę, że bez zbędnego rozgadywania się mogę szczerze polecić ową pozycję nie tylko fanatykom gatunku, ale i każdemu – wystarczy spojrzeć na mnie – nawet anty-fani sci-fi znajda tutaj coś dla siebie. Komu, jak komu, ale mi nie pozostaje nic innego, jak życzyć wszystkim wspaniałej przygody z lekturą, a sobie samej wytrwałości w oczekiwaniu na sięgnięcie po kontynuację.

Za wspaniałą przygodę z powieścią "Przez burze ognia" 
dziękuję Wydawnictwu Otwarte oraz Moondrive!
Miasto Recenzji © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka